Poranek Małego Księcia i psychoterapia spacerowa

Dziś dzięki nierównościom terenu wokół mego domu oglądałem wschód słońca dobre kilkanaście razy. Wstałem o świcie i poszedłem na spacer z psem. Jak zwykle nie chciało mi się wychodzić i jak zwykle bardzo się cieszę, że wyszedłem. Chodziłem, oglądałem wschody słońca nad każdą kolejną górką i cieszyłem się jak dziecko. Wyszedłem na ambonkę strzelecką i kontemplowałem wschód słońca w pozycji siedzącej ciesząc się z nieprzypadkowego moim zdaniem splotu znaczeń. Siedzenie na tej ambonie miało bowiem w sobie coś z doświadczenia religijnego. Co prawda nie prawiłem kazania, ale słuchałem – kazanie tego dnia prawiło słońce, wiatr, dzięcioł i pies. Przemądre kazanie. Szkoda, że nie umiem powtórzyć.

Myślałem słuchając tego kazania o uzdrawiającej roli przestrzeni, ruchu, słońca, dzięciołów, psów i innych naturalnych kaznodziei. Myślałem o tym jako o rodzaju psychoterapii znanym od wieków – jeden z dalekowschodnich koanów mówi, co trzeba zrobić by osiągnąć oświecenie – rąb drzewo, noś wodę – kropka.

Sprawa jest tak prosta, że nie brzmi poważnie. Okazuje się jednak, że są terapeuci, którzy biorą ją na poważnie. Clay Cockrell – psychoterapeuta pracujący w Nowym Yorku postanowił „zdjąć psychoterapię z kozetki” i rozmawiać z pacjentami spacerując. Więcej o nim i jego sposobie pracy można przeczytać na stronie

http://www.walkandtalk.com

Po dzisiejszym spacerze jego idea wydaje mi się bliska. Ponieważ jednak do Nowego Yorku daleko polecam terapię spacerową jako sesję z samym sobą oraz uwewnętrznionymi autorytetami w rolach terapeutów. Można też potraktować ją jako sesję grupową – w kręgu z dzięciołem, psem, bażantami, zającami, sarnami i słońcem (albo samochodami, rowerami, tramwajami, jeśli akurat taka grupa się zbierze – ważne żeby się wsłuchać).

Przypominam jednocześnie, że i tu, jak w każdej poważnej terapii ważna jest regularność. Być może powinienem ustalić zasady płacenia za opuszczoną sesję…

Co o tym myślisz?