Udana „Terapia”

Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi zaprosił mnie do udziału w niezwykłym eksperymencie. W 12 godzinnej instalacji performatywnej pt. „Terapia” jedna aktorka (Urszula Gryczewska) wcielała się kolejno w sześć postaci, które przychodziły do psychoterapeuty po pomoc. Wszystko to, łącznie z charakteryzacją, działo się na oczach widzów, w oknie galerii sztuki przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi.

Oboje udawaliśmy terapię, ale w tym udawaniu docieraliśmy do jakiejś prawdy. Doświadczaliśmy prawdziwych emocji i stawaliśmy wobec prawdziwych pytań. Uroniliśmy prawdziwe łzy.  Kilkoma z tych pytań, i roboczymi odpowiedziami na nie, postanowiłem się podzielić.

Czym jest rola?

Ja byłem terapeutą w roli terapeuty. Aktorka w pierwszej sesji była aktorką w roli aktorki i śpiewaczki Violetty Villas, w drugiej w roli reżysera i aktora Woody’ego Allena, potem w rolach innych osób które w różny sposób stały się częścią świata popkultury, i których role definiowały media lub dramaturg. Za każdą z tych ról stał człowiek. Jako terapeuta byłem zainteresowany właśnie spotkaniem z człowiekiem, który ukazuje mi się poprzez rolę. Człowiekiem, którym jest postać, człowiekiem, którym jest wcielający się w nią aktor i ludźmi wokół, którzy przyjmowali różne role.

 fot. Dawid Kozłowski

fot. Dawid Kozłowski

W tym eksperymencie granice między rolą a pełniącym/grającym ją człowiekiem celowo były rozmyte. Wicąż przenikały sie plany – jak w oknie wystawowym miesza się, to co odbite w szybie, z tym co za szybą, a patrząc widzę równocześnie siebie, to co przede mną i to co za mną.

Poprzez nasze role spotykaliśmy się na scenie jako ludzie – i to było najciekawsze. Niekiedy, zwłaszcza w ostatniej sesji, widzowie także pokazywali siebie poprzez rolę widzów – wchodzili, wychodzili, wołali, uspokajali się wzajemnie (krzycząc „nie kradnij show!”) – pilnując swoich ról – przechodniów, widzów, obywateli, mieszkańców.

Oprócz ról scenicznych, każdy w zespole pracującym nad „Terapią” pełnił swoją rolę, i z radością patrzyłem, jak te role się uzupełniały tworząc całość. Pomysł Dominiki Knapik, dramaturgia Patrycji Kowańskiej, wideo Dawida Kozlowskiego, kostiumy Hanki Podrazy i charakteryzacja Jolanty Fidos, aktorstwo Urszuli Gryczewskiej, i moja ciekawość terapeuty, tworzyły całość. Prawdziwą całość dzięki różnym rolom.

Są więc role grane i role pełnione. Zwykle łatwo jest to oddzielić. Ale czy ja rolę grałem czy pełniłem? A może jedno i drugie. Przypomina mi się sytuacja sprzed kilku lat, kiedy jednego dnia odbyłem dwie rozmowy z tą samą osobą. Najpierw jako kierownik ośrodka, a potem jako psycholog – dwie kompletnie różne rozmowy, których różnica wynikała tylko ze zmiany mojej roli (pełnionej wtedy, nie granej).

Czasem w terapii rozróżnienie roli pełnionej od granej ma istotne znaczenie. Pacjent, który uświadamia sobie rolę, którą gra, nabywa zdolności do wychodzenia z niej. Pacjent, który uświadamia sobie rolę, jaką pełni (np. w rodzinie), konfrontuje się z kosztami jej porzucenia.

Po co nam udawanie?

Udawanie, choć ma nie najlepszą prasę, wciąż cieszy się dużą popularnością. Z jednej strony funkcjonuje jako przeciwieństwo autentyczności i nosi ciężar skojarzeń z oszustwem. Z drugiej strony jest jednym z najważniejszych narzędzi rozwoju dziecka i trudno sobie wyobrazić dorastanie bez zdolności do odgrywania ról. Wielki brytyjski psychoanalityk, Donald Winnicott, opisywał terapię jako proces odzyskiwania zdolności do zabawy. Aby to mogło sie odbyć, terapeuta musi być sam zdolny do zabawy – wchodzenia w „przestrzeń przejściową”, w której zawieszone jest pytanie o to, co jest naprawdę a co na niby. „Terapia” na Piotrkowskiej odbywała się w takiej właśnie „przestrzeni przejściowej” (także dosłownie – obok przechodziły tłumy ludzi). W tej przestrzeni, godząc się na to, że fałszywe jest równocześnie prawdziwe, odkrywaliśmy na nowo nasze role. Ja uczyłem się, czym jest terapia, co do mnie należy, jak społeczność konstruuje tą rolę zawodową, którą przyjąłem.

 fot. Dawid Kozłowski

fot. Dawid Kozłowski

Urzekła mnie przy tym opowieść pewnej pani z widowni w czasie przerwy – jednej z nielicznych osób, które wytrzymały z nami prawie cały dzień.

– Koleżanka do mnie zadzwoniła rano, że widziała pierwszą sesję i żebym przyszła. To jestem i bardzo mnie to ciekawi.

– To może terapeuta przestanie być taki straszny, jak pani zobaczy go na scenie.

– O panie, ja to jak ten Woody Allen – od dwudziestu lat chodzę.

Ile terapii w teatrze, a ile teatru w terapii?

 fot. Dawid Kozłowski

fot. Dawid Kozłowski

Od dawna mam wrażenie, że w teatrze uczyłem się terapii a w gabinecie uczę się teatru.

Codziennie wchodzę do wewnętrznego teatru każdego pacjenta. Teatru w którym często od lat grany jest ten sam dramat. Wspólnie próbujemy go przereżyserować, by pojawiły się nowe możliwości, nowe role, by zdjąć z afisza historię, która ogranicza i wystawić nową sztukę, która lepiej się kończy.

Pacjent wypowiadając swoje kwestie sam siebie określa. Sam niekiedy wychodzi zdziwiony tym, co od siebie usłyszał. Ugłaśniając swoje myśli, dylematy, wewnętrzne konflikty, staje się dramaturgiem decydującym o przebiegu akcji.

Na początku zresztą teatr i terapia były jednym.

Korzenie teatru sięgają bowiem czasów, gdy nie było rozróżnienia między medycyną, religią i sztuką Wzajemnie splatały się one w artystyczno-leczące wydarzenia religijne. Do dziś teatr pełni niejednokrotnie funkcje podobne do terapii – pomaga osiągnąć wgląd, zobaczyć inaczej samego siebie. Jest miejscem, w którym można powiedzieć głośno to, o czym wszyscy milczą. Jest więc swego rodzaju gabinetem terapeutycznym społeczności, która się w nim sama do siebie zwraca, sama siebie poznaje/obraża/odkrywa/stara zrozumieć.

„Terapia” udawana udała się w tym sensie, że postawiła pytania. Pytania, które stawia terapeuta, pacjent, teatr, aktor, widz. Pytania, które jak mówią terapeuci uznający koncepcję „ja dialogicznego” powinny pozostawać otwarte i bez ostatecznej odpowiedzi tak długo, aż spojrzenie na sytuacje zmieni się tak bardzo, że problem rozwiąże  się lub rozpuści (ang. dis-solve).

Co jest istotą psychoterapii?

 fot. Dawid Kozłowski

fot. Dawid Kozłowski

Wyzwanie, jakim było zaproszenie do prowadzenie terapii w oknie, kazało mi raz jeszcze zadać sobie pytanie o istotę psychoterapii? Czym jest? Bez czego przestaje istnieć? Czy może istnieć bez czterech ścian? Bez tajemnicy? Bez znajmości prawdziwej tożsamośći pacjenta?

Co właściwie mam robić, kiedy mam być terapeutą na scenie?

W nocy przed happeningiem śniłem, że mam wyjść na scenę nie znając roli. Obudziłem się i nadal nie znałem scenariusza. Na szczęście okazało się, że rolę znam.

Uznałem, że moją rolą jest być i ciekawić się drugim człowiekiem.

Poprzez zdolnośc do bycia i zaciekawienia wobec pacjenta, terapeuta pomaga pacjentowi być coraz bardziej szczerym wobec samego siebie. Kiedy można być kimkolwiek się jest, człowiek staje się zdolny do zmiany – porzucenia ról niepotrzebnych, na rzecz nowych, adekwatnych do nowych wyzwań, stawianych przez życie.

Jest jakaś rola (sic!) obnażenia w tym wszystkim. W spotkaniu z Wacławem Niżyńskim okazało się, że obnażenie może być częścią roli, a rola drogą do poznania nagiej prawdy.

Karl Jaspers pisał dawno temu o dwóch różnych podejściach do psychoterapii:

Terapia ma radykalnie różny sens w zależności od tego, czy – w skrajnym ujęciu – lekarz zwraca się do bycia sobą, stara się wspierać wszystkie stadia procesu objaśniania, w komunikacji oddziałuje jako partner objawiania się samemu sobie, czy też dąży do wpływania środkami, jakich dostarcza przyrodoznawstwo, w sposób somatyczny czy psychologiczny, na chore mechanizmy (Jaspers, 1990, s. 400).

Gabinet terapeutyczny staje się w tej teatralnej metaforze swego rodzaju garderobą, w której człowiek ukazuje się sobie samemu nagi po to, by mógł odróżnić siebie, od roli jaką nauczył się pełnić.

To niezwykły przywilej móc być takim garderobianym.

Dziękuję wszystkim aktorom, którzy pozwalają mi pełnić tę rolę.

 

PS. Więcej zdjęć z wydarzenia można obejrzeć tu, tu i tu.

Co o tym myślisz?